Niezniszczalny Radek bohaterem
| Data: | 17.11.2011 |
| Medium: | MMSzczecin |
| Pobierz: |
2,38 MB
|
Fale, orki, wieloryby - kulisy niebezpiecznego wyścigu przez ocean.
Rozmawia Andrzej Kus
andrzej.kus@mediaregionalne.pl
Radek Kowalczyk odpoczywa po morderczych regatach z Francji do Brazylii. Wystartowało w nich 79 zawodników. Dwudziestu zrezygnowało w trakcie. Naszemu śmiałkowi nie przeszkodził w osiągnięciu celu nawet wieloryb, który uszkodził mu 6,5-metrowy jacht.
Z pękniętym żebrem, mnóstwem siniaków oraz rozmoczonymi rękami i nogami Radek Kowalczyk dotarł do Brazylii. Tym samym zakończył najtrudniejsze oceaniczne regaty Mini Transat. Jest trzecim Polakiem, któremu udało się tego dokonać. Opowiedział nam o wypadku na środku oceanu, o spartańskich warunkach, w jakich żył przez wszystkie te dni. Przyznaje, że jest szczęśliwy. Spełnił marzenie swojego życia.
To nie był prosty rejs. Z pewnością przeżyłeś mnóstwo trudnych momentów, o których nie mogłeś nawet z nikim porozmawiać. Na oceanie nie było łączności.
Trudnych momentów było naprawdę dużo. Żeglowałem pięć dni bez prądu. Miałem też kilka wywrotek. Dokuczała samotność. Najgorzej jednak było po zderzeniu z wielorybem. W zasadzie nie jestem do końca pewien, w co uderzyłem. Było całkowicie ciemno, jednak spotkałem tak wielką przeszkodę, że zatrzymało mi to jacht. W pierwszej chwili myślałem, że pękł maszt. Widząc, że stoi szukałem innych uszkodzeń, które odkryłem na części balastu znajdującej się w kabinie. Gdy nastał dzień zanurkowałem i wszystko było już jasne: złamany kil, i to tak doszczętnie, że mógł w każdej chwili odpaść od jachtu. Dookoła nie było oczywiście nikogo: żadnego kolegi, statku. Zdałem sobie sprawę ze śmiertelnego zagrożenia, w jakim się znalazłem. Nie chodziło mi wtedy o ratowanie jachtu, ale o ratowanie własnego życia. Jachty klasy mini, jak stracą kil odwracają się natychmiast do góry dnem. Nie toną, bo posiadają komory wypornościowe, ale zlokalizowane w podłodze. Po odwróceniu się jachtu tonie wystając jedynie 10 cm lub mniej ponad powierzchnię oceanu. Atlantycka fala przelewa się przez jacht uniemożliwiając siedzenie na odwróconej skorupie. A w środku zalane są akumulatory, radio, boja, zapas wody, tratwa i wszystko, co zabrałem ze sobą, a co powinno służyć ratowaniu życia czy wzywaniu pomocy. Żeby cokolwiek wydobyć, trzeba nurkować do środka jachtu, a dookoła dziesiątki metrów lin, w których zaplątanie się podczas nurkowania jest niemal pewne. Taki obraz sytuacji miałem wtedy w głowie. Sytuacja beznadziejna, najlepiej ewakuować się natychmiast, tylko dokąd? Jestem 200mil (370km) od najbliższego brzegu, daleko poza szlakiem uczęszczanym przez statki. Stres ogromny. Nie spałem przez kolejne 4 dni.
Już wtedy mogłeś stracić życie. Pomogło doświadczenie?
Natychmiast na zewnątrz wyciągnąłem wszystkie rzeczy: wodę, GRABBAG, czyli torbę przetrwania, nożyce do odcięcia masztu, kombinezon ratunkowy, liny, puste bidony po wodzie. Wszystko, co po wywrotce może się przydać, a co od tej chwili nie powinno być już w kabinie. Gdy zanurkowałem w uprzęży wspinaczkowej ubrany ciepło, przywiązany do jachtu z pękiem mocnych lin do nurkowania starałem się zapobiec tragedii. Nurkowania nie było końca, opiłem się wody, przemarzłem, ale po 3,5 godzinach udało się przywiązać ołowiane cygaro znajdujące się dwa metry pod jachtem. Kompletnie wykończony ruszyłem w stronę Portugalii. Nie mogłem płynąć szybciej niż 2-3 węzły z obawy, by pod kilkudniowym wpływem tych wibracji, balast nie odpadł zupełnie. A przede mną było 200mil, 4 dni żeglugi. Były to najdłuższe 4 dni w moim życiu.
Twoi koledzy z innego jachtu również mieli problemy z ogromnymi ssakami.
Chłopakowi z innego jachtu orka chciała zjeść stery, aż w końcu nadgryzła kawałek jachtu na rufie. W mojego wieloryba trudno uwierzyć nawet mnie samemu. Ci z większym doświadczeniem twierdzą, że nie ma innej opcji. Nocą w oceanie dzieją się takie rzeczy.
Zdrowie dało znać o sobie?
Dokuczała awitaminoza. Zrzuciłem przez wszystkie dni kilkanaście kilogramów. Mam rozmoczone stopy i dłonie, pęknięte żebro, potłuczone czoło, ponaciągane stawy i tysiące siniaków. Ale nic tu nie jest zaskoczeniem. Z tymi dolegliwościami borykają się wszyscy uczestnicy tych regat od lat. W zasadzie mogę powiedzieć, że nic mi nie dolega.
Miałeś czas na jedzenie?
Starałem się zjeść coś ciepłego przynajmniej raz dziennie, ale nie zawsze to było możliwe. Po podliczeniu zjedzonych racji dziennych wyszło, że jadłem, co drugi dzień. Z wyjątkiem pięciu, kiedy płynąłem praktycznie bez prądu - miałem uszkodzony agregat. Spałem łącznie 5 - 7 godzin dziennie. Oczywiście nie dłużej jednorazowo, niż kilkanaście minut. W ten sposób unikałem bezpiecznie sytuacji ryzykownych, kolizyjnych i jednocześnie przyzwoicie wypoczywałem. Jeśli chodzi o dobę, to zatarł się całkowicie dzień z nocą. Nie zwracałem na to uwagi, w niczym to nie przeszkadzało. Dni odliczałem kolejnymi stronami w dzienniku pokładowym, w którym starałem się pisać jak najwięcej.
Było też sporo czasu na myślenie.
Tak naprawdę to nie miałem go wcale. 90 procent czasu to myśli o bezpieczeństwie żeglugi i o tym, żeby płynąć jak najszybciej. To żagiel góra, to dół. 10 procent to oczywiście myśli o tym, co na lądzie. Ale tu tylko moje wyobrażenia, bo żadnych informacji niestety nie miałem. Byłem całkowicie odcięty od świata.
Kilka dni po dopłynięciu z pewnością możesz wyciągnąć pierwsze wnioski. Co zrobiłeś źle, w jaki sposób byś się teraz przygotował?
Zabrakło doświadczenia meteorologicznego na tej trasie, w związku z czym popełniłem dwa niewielkie błędy. Niewielkie, ale w tak długim wyścigu miały znaczenie. Nie było też czasu, by po zmianach na jachcie wszystko dokładnie wyregulować i sprawdzić. Tak też już na trasie sprzęt sprawiał trochę kłopotów. Wniosek nasuwa się tylko jeden: Niemożliwe jest, by startując po raz pierwszy wygrać te regaty, czy choćby stanąć na podium. Jest to impreza o najwyższym światowym stopniu trudności wymagająca praktycznej znajomości tej trasy.
Osiągnąłeś gigantyczny sukces, dotarłeś do mety. Jesteś trzecim Polakiem, któremu udało się tego dokonać. Podejmiesz się startu raz jeszcze?
Oczywiście, że tak! Bardzo bym chciał wystartować na dobrym sprzęcie i wywalczyć miejsce na podium. Wiem, że jest to możliwe. To marzenie przed kolejną edycją.
Kiedy wracasz do Szczecina i jak będziesz dochodził do siebie po tylu dniach męczarni?
Odpoczynku nie będzie za dużo. Pragnę się w końcu wyspać, ale za dwa dni ruszają prace z pakowaniem jachtu i przygotowaniem go do morskiej podróży powrotnej. Zatem odpocznę już pewnie w Polsce. Do kraju wracam natychmiast po załadunku jachtu na statek, czyli pod koniec listopada.



